Jest 12 maja 2008, godz. 19.15, Wyspy Kanaryjskie, płyniemy sześciometrowym Zodiakiem w stronę Lobos, niewielkiej wyspy oddalonej 2 km od Fuerteventury. Nie ma czasu do stracenia, zmierzch złapie nas za 2 godziny.

To był długi dzień, 10 godzin pracy, mimo to jesteśmy podekscytowani. Lobos to jedna z najdłuższych fal w Europie. Ja, James i Lasse. Z naszej trójki tak naprawdę tylko James jest przekonany, że sobie poradzi na tej fali, my przeczuwamy, że może być ciężko, ale trzeba spróbować. Gdzieś w głębi świadomości kołacze mi się cytat z Jerry’ego Lopeza:

„I guess this is a good day to die”.

Uniwersalna odpowiedź, gdy mam wątpliwości, czy doprowadzić do niebezpiecznej sytuacji, w której nie kontroluję konsekwencji. Z zamyślenia wyrywa mnie 10-metrowa fontanna wody, gdy kolejny set uderza o skały. Jesteśmy blisko, trzeba znaleźć miejsce do rzucenia kotwy.

Zakotwiczyliśmy jakieś 50 m od łamiących się fal, James jest pierwszy w wodzie, my zakładamy pianki i podążamy w stronę breaku. Trzymetrowe wierzchołki łamią się parę metrów od miejsca, gdzie siedzimy na deskach.

Paraliżuje nas stres.

Próbować złapać fale to tak, jakbyś skakał z pierwszego piętra i jeżeli jesteś wystarczająco dobry, to piętro nie spadnie na ciebie, jeżeli nie, to cóż… Zastanawiam się, czy łapać fale, czy wracać z powrotem do łodzi.

Muszę podjąć jakąś decyzję, pomaga mi myśl, że jeżeli nie spróbuję teraz, to mogę nie mieć szansy już nigdy. Działa. Przychodzi kolejny set, wiosłuję rękoma, deska zaczyna się ślizgać w dół fali, próbuję wstać, fala robi się pionowa, jestem zbyt wolny, lecę wraz z wierzchołkiem fali przez tzw. wodospad, uderzenie o taflę wody pozbawia mnie powietrza,

robi się ciemno, próbuję zlokalizować powierzchnię,

wypływam, widzę kolejną falę, która załamie się wprost na mnie… Trzy oddechy, to jedyna miara czasu, na jaką mogę sobie pozwolić. Znowu jestem pod wodą i wiem, że za tą falą będzie następna.

Zaczynam szukać w pamięci, co zrobić, gdy jesteś głęboko pod wodą? Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem w takiej sytuacji. Wiem, widziałem to na jednym z filmów surfingowych. Deska jest na smyczy przyczepiona do mojej kostki i ma dużo większą pływalność, została na powierzchni, więc łapiąc za leasha, wyciągam się z głębi tylko po to, żeby zostać

sponiewierany kolejną falą...

Jako że to jest magazyn sportów wodnych, Drodzy Czytelnicy, zakładam, że o tym właśnie pragniecie czytać. Oczekujecie artykułów o żeglarstwie, kajakarstwie, windsurfingu, kitesurfingu czy nurkowaniu, ale czy przeszło wam kiedyś przez myśl czytać o surfingu? Jak plasuje się ten sport w waszej świadomości? Australia? Kalifornia? Hawaje? Raczej nie Polska, surfować na Bałtyku?

Niemożliwe! A jednak, media uparcie o tym milczą i zapewne jest to kolejna zmowa z cichym udziałem rządu, ale – Drodzy Państwo – faktem jest, iż w naszym kraju rośnie liczba surferów.  Część z nich jeździ po świecie w poszukiwaniu fal, jednak część śmiga na Bałtyku. Już drugi rok organizowane są ogólnopolskie zawody w surfingu Polish Surfing Challenge.

Po żeglarstwie i pływaniu to trzeci najbardziej popularny sport wodny na świecie, więc może warto poszerzyć swoją świadomość o tego typu doświadczenia…

CZYM JEST SURFING?

W poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie muszę prześledzić proces, który doprowadził mnie do obecnego momentu. Pamiętam pierwsze chwile, gdy nie byłem w stanie wypłynąć przez fale, i uczucie zaskoczenia, bezsilności – przecież surfing wydawał się tak łatwy i prosty.

Przechodziłem przez okresy zwątpienia i powtarzające się pytanie: może ja jednak do tego się nie nadaję? Przełomem było łapanie zielonych fal i pierwsze skręty, chwile, które na zawsze zapisały się w mojej pamięci.

Dalej wzrastająca świadomość oceanu i wyczucie fal. W miarę nabierania doświadczenia rosnące uczucie komfortu pod wodą, jak i na wodzie. Do tego stopnia, że gdy nurkuję w dwumetrową ścianę wody, nie czuję potrzeby wynurzenia się.  Gdy instynkt samozachowawczy mówi mi, że powinienem skręcić od fali, gdyż ona się zaraz załamie, ja skręcam w stronę wierzchołka i zwalniam, żeby wejść w tubę.

Do tego momentu wiodła długa droga, podczas której ilość włożonej energii zazwyczaj była znacznie większa od tego, co otrzymywałem w zamian. Wróćmy więc do pytania. Czym jest surfing? Dlaczego tak dużo ludzi uprawia ten sport?

Może to wyda się wam nieprawdopodobne, ale tak naprawdę jest to długotrwały związek z oceanem. Relacja, w której to ocean dyktuje warunki, a ty musisz się podporządkować, nauczyć cierpliwości. Jest to proces: dni, tygodnie, miesiące spędzone w wodzie, podczas których tworzymy ten związek.

Po pewnym czasie zdajesz sobie sprawę, że twoje życie zaczyna się kręcić wokół fal, prognozy i sezonu w Indonezji. Wtedy jest już za późno, żeby się wycofać, nie da się tak po prostu przestać. Nie pozostaje nic innego, jak otwarcie przyznać:  Tak, jestem surferem!

Zadzwonić do rodziców, powiedzieć im, że przeprowadzasz się do kraju, gdzie są regularne warunki do surfowania. Ciągle jesteście zainteresowani? Jeżeli nie zdołałem was zniechęcić, to będziecie się musieli przygotować.

Nauka surfingu jest trudna.

Ten sport wymaga zarówno specyficznej kondycji, jak i odpowiedniego nastawienia psychicznego. Jeżeli myślicie, że obserwując surfing czy fale, macie jakiekolwiek pojęcie, co tak naprawdę się dzieje w wodzie, to się mylicie.

Surfing jest doświadczeniem oceanu w czystej jego postaci. Żeby czuć się komfortowo w wodzie i pod wodą, trzeba nauczyć się zasad. Podobnie jak na lądzie nie przechodzimy przez ulicę na czerwonym świetle, w przyboju są pewne rzeczy, których lepiej nie robić.

Surfując, mamy do czynienia z siłą, która jest dużo większa od nas, możemy ją wykorzystać, ale jeżeli popełniamy błędy, ta siła może nas konkretnie sponiewierać.

Kolejnym błędnym założeniem jest to, że filmy o surfingu pokazują całą prawdę. Oglądając je, widzicie surferów śmigających po falach, nie widać, żeby się męczyli, wszystko na pierwszy rzut oka wygląda łatwo i przyjemnie.

Może wam się wydawać, że poćwiczycie miesiąc i będziecie śmigać tak samo. Przecież w podstawówce jeździłem na deskorolce, to nie może być trudniejsze. Nic bardziej mylnego.

Sama jazda na fali to tylko 10 proc. czasu, który spędzamy w wodzie, a 90 proc. to wiosłowanie rękoma, nurkowanie przez fale, wipeouty i wybieranie odpowiednich fal. I to sponiewiera was psychicznie, będzie wam się wydawało, że nie robicie żadnych postępów. Niektórzy z was odpuszczą sobie na tym etapie i powinienem się z tego cieszyć.

W interesie surfera jest to,

żeby złapać jak najwięcej fal, więc inni surferzy konkurujący o te same fale zazwyczaj nie są mile widziani. Sytuacja się odwraca, gdy na spocie zdarzają się ataki rekinów, gdyż większa liczba ludzi w wodzie oznacza mniejsze prawdopodobieństwo bycia zaatakowanym.

Ale część będzie brnęła dalej, godzina za godziną w wodzie, może złapiecie jedną albo dwie fale na 2–3-godzinną sesję i mimo że będziecie myśleć, że stoicie w miejscu, każda chwila w wodzie czegoś was nauczy.

Po pewnym czasie wszystko zaczyna współdziałać i niespostrzeżenie jesteście na wyższym poziomie. Ten właśnie okres od początku nauki do momentu, gdy poszczególne elementy układają się w całość, jest najtrudniejszy psychicznie.

Nie oczekujcie dużych postępów na początku. Uświadomcie sobie, że niezależnie, ile satysfakcji oczekujecie od tego sportu, dostaniecie mniej z powrotem i że każdy surfer przechodzi przez podobny proces i nie jest to nic specjalnego. Po prostu potrzebujecie czasu.

WIĘC JAK ZACZĄĆ?

Zapiszcie się na kurs! Nauka surfingu jest długa i trudna, więc instruktaż na początku da wam solidne podstawy i przyspieszy cały proces. Na kursie zaczynamy od łapania tzw. białej wody, leżąc na desce, najlepiej w miejscu, gdzie jest płytko i dno jest piaszczyste.

Jeżeli czujemy się komfortowo, płynąc z falą i leżąc, możemy zacząć naukę wstawania. Większość osób wstaje i płynie z falą parę metrów. Tutaj zazwyczaj kończymy kurs. Niezależnie od tego, czy lekcje trwają dwa, trzy czy pięć dni, tylko nieliczni dochodzą do etapu łapania zielonych fal.

Czego więc uczymy się na zajęciach? Rzeczy, które wydają się banalne: odpowiedniej pozycji, leżąc na desce, wiosłowania rękami, wyczucia oceanu i zasad bezpieczeństwa. Cztery pojęcia – wydaje się niedużo, jednak można by o nich napisać osobny artykuł.

Są to techniczne podstawy i dzięki nim dalszy proces nauki będzie przebiegał szybciej i sprawniej. Kolejną umiejętnością jest łapanie zielonych fal. Czyli jazda po fali w bok, na części, która się jeszcze nie załamała. Przez ten etap musimy przebrnąć sami, spędzając kolejne godziny w wodzie.

Jak to wygląda? Gdy jesteśmy już poza przybojem, siadamy na desce i czekamy na set. Gdy przychodzi seria większych fal, zaczynamy wiosłować w stronę brzegu. Dużo zależy od naszej pozycji przed momentem złapania fali. Jeżeli mamy szczęście i jesteśmy we właściwym miejscu, we właściwym czasie, może nam się to wydawać łatwe.

Mianowicie musimy być w okolicy wierzchołka fali tuż przed załamaniem, złapać fale pod kątem i jechać w bok. Trudność tkwi w ustawieniu się w odpowiednim miejscu. Nasze informacje są ograniczone, gdyż siedzimy w wodzie i widzimy tylko jedną falę do przodu.

Załóżmy, że okres fali to 13 sekund, więc od momentu, gdy zauważymy wierzchołek, zostaje nam około 10 sekund, żeby się ustawić blisko, obrócić deskę i złapać fale. Odległość, jaką uda nam się przebyć podczas tych dziesięciu sekund, zależy od tego, jak dobrymi jesteśmy surferami.

Jeżeli wierzchołek jest dalej, cóż – czekamy na kolejną falę. Kolejnym utrudnieniem są inni surferzy, zazwyczaj w wodzie może być dziesięć, piętnaście lub więcej osób. Duża część z nich jest lepsza od was, a walczycie o te same fale. Krótko i treściwie: po kursie musisz się przebić przez otoczenie, któreczęsto nie sprzyja postępom.

SPRZĘT? CZYLI JAKĄ DESKĘ WYBRAĆ?

Dobór deski wpływa znacząco na szybkość naszej nauki. Nieodpowiedni sprzęt, szczególnie za mała deska zwolni nasze postępy albo nawet je zatrzyma. Priorytetem podczas nauki jest złapanie jak największej ilości fal, a im większa deska, tym łatwiej złapać falę, wstać i utrzymać równowagę.

Pierwsze etapy spędzimy na deskach szkółkowych, które charakteryzują się tym, że posiadają dużą wyporność, są szerokie i na zewnątrz obłożone pianką, więc uderzenie deską jest amortyzowane.

Po kursie zalecałbym pozostanie na takich deskach do momentu, gdy czujemy się dobrze, jadąc po zielonych falach. Następnie przechodzimy do desek twardych, wśród których rozróżniamy trzy główne rodzaje zależnie od długości i kształtu – longboard, evolution i shortboard.

Długość surfboardu mierzy się w stopach i calach. Czyli np. długość 8’2 to osiem stóp i dwa cale. Longboardy zazwyczaj mieszczą się w zakresie 8–12 stóp i mają obły kształt, evolution to 6–9 stóp, a shortboardy mierzą 5–8 stóp i są bardziej szpiczaste.

To, jaką deskę wybierzecie docelowo, zależy tylko od was. Większość surferów pływa na shortboardach, jednak nie jest to jedyna droga. Surfing jest zdecydowanie łatwiejszy na  długich deskach i jeżeli nie jesteście w znakomitej formie fizycznej, mieliście dłuższą przerwę albo po prostu chcecie się zrelaksować, surfując – longboard jest najlepszym wyborem.

Natomiast jeżeli imponują wam filmy, na których riderzy wykonują radykalne skręty, wyrzucając duże ilości wody w powietrze, czyli preferujecie shortboard, wtedy droga będzie dłuższa. Powinniście po kursie zacząć od desek evolution, popracować nad umiejętnościami i dopiero będziecie gotowi do pływania na krótkich deskach.

Niezależnie od tego, jaką drogę wybierzecie, pamiętajcie o jednym. Lepiej, jeżeli deska jest za duża niż za mała. Ta zasada może oszczędzić wam dużo czasu i pieniędzy!

JAKIE FALE SĄ DOBRE DO SURFINGU?

Oceniając warunki, musimy wziąć pod uwagę wiele czynników. W tym artykule opiszę najważniejsze z nich, a resztę wiedzy powinniście wyciągnąć z kursu. Fale tworzone są przez wiatr działający na powierzchnię oceanu na określonym obszarze.

Jeżeli wiatr przestaje działać, fale pozostają. To zjawisko nazywamy swellem i właśnie tego szukają surferzy w prognozach falowania. W momencie gdy swell dociera do brzegu, fale łamią się różnie w zależności od ukształtowania dna.

Szukamy takich miejsc, gdzie fale załamują się stopniowo i z boku wierzchołka jest jak najdłuższe ramię, czyli zielona fala, po której możemy jechać. Załamanie fali może nastąpić na skałach albo na piasku.

W pierwszym przypadku fale są lepszej jakości i bardziej regularne, ale błędy możemy przypłacić rozcięciami i obtarciami. W drugim z kolei upadki są dosyć bezpieczne, jednak jakość fal nie jest tak dobra. Jako początkujący popełniamy dużo błędów, więc wybór jest dosyć oczywisty.

Piaszczyste dno uczyni naukę zdecydowanie bezpieczniejszą. Najlepiej, jeżeli wysokość fali nie przekraczała metra, szczególnie gdy jesteśmy na etapie łapania zielonych fal.

Na koniec zostawiłem najważniejszy czynnik, którym jest wiatr. Wpływa on dramatycznie na jakość przyboju, jeżeli wieje do brzegu, fale robią się nierówne i tracą swoją siłę. Więc szukamy miejsca, gdzie nie ma wiatru albo wieje on od brzegu, dno jest piaszczyste i uderza w nie swell.

Czy znajdziemy takie warunki na Bałtyku? Regularnie nie. Ale zdarzają się momenty. A więc jak wygląda przyszłość? Jest tak: ja spędzam zimę na Fuerteventurze, a wy zapisujecie się na kurs surfingu.

15 stycznia 2009 roku samotny Zodiak podąża w stronę Lobos, najdłuższej fali w Europie. Rzucam kotwicę. James trenuje snowboardowe obozy dziecięce w Szwajcarii, Lasse pracuje w surfshopie w Danii. Ja z nową ekipą podążam w stronę breaku. Fale są większe i bardziej czyste niż ostatnim razem.

Nie ma wiatru. Zimą na Fuerteventurze są dużo lepsze warunki na surfing. Nie waham się, wiosłuję prosto w środek surferów próbujących łapać falę, znam większość z nich, witam się i pytam o warunki. Czekamy na set. Pierwsza fala kusi parę osób, łamie się prawie na moją głowę, nie łapię jej, nurkuję.

Kolejna za bardzo z przodu, parę pchnięć w stronę fali, nurkowanie i jestem bezpieczny. Trzecia wygląda odpowiednio, zawracam z falą, zjeżdżam w dół, skręt, próbuję się wpasować w tubę, tak ze 2 sekundy, nieźle, dalej pompuję dla prędkości i wykonuję parę cutbacków, próbuję zrobić flootera, trochę się spóźniłem, grzbiet fali rzuca mnie o wodę głową w dół, moje ręce uderzają o skałę, cóż – nie pierwszy raz i nie ostatni, przecież właśnie dlatego trzymam ręce nad głową, gdy uderzam o płytką wodę.

Czy aby na pewno tak rozwiną się wydarzenia? Jako posiadacz półrocznego biletu do Ho Chi Minh City z datą wylotu na 9 grudnia 2008, przyznaję, że powyższa projekcja rozmija się w paru punktach z prawdą, jednak wystarczy usunąć łódkę, zmienić miejsce akcji na China Beach w środkowym Wietnamie i otrzymamy dużo bardziej prawdopodobny scenariusz.

A czy wy zaczniecie surfować?

Nie mam pojęcia. Mam jedynie nadzieję, że prawdopodobieństwo odpowiedzi twierdzącej na to pytanie wzrosło w ciągu ostatnich kilku minut, gdy czytaliście ten artykuł.

Autor: Adam Borys

Zapoznaj się z ofertą WaterSportsCenter: