Maciek Kozerski na Mistrzostwach Świata w Chile

Przed wyjazdem do Chile nie wiedziałem za dużo o tym miejscu. Z Warszawy leciałem do Santiago. Tam odebrał mnie Nicolas z Red Bulla i pojechaliśmy do ich głównej siedziby Matanzas. Okazało się, że to mała wioska, w której nawet nie było zasięgu telefonu, nie wspominając o Internecie… Cały team Naisha miał wynajęty na miejscu spory dom, tuż nad samą wodą. W Matanzas są tylko trzy sklepiki, jedna droga, jedna restauracja i zero rozrywek – słowemto, co surferzy lubią najbardziej.

Na spot dojechać można było tylko samochodem 4×4. Gdy tylko go zobaczyłem, trochę się przestraszyłem. Wszędzie były skały, duża fala, no i jak się dowiedziałem – temperatura wody nie przekraczała 10 stopni. Na szczęście to było pierwsze mylne wrażenie.

Pomiędzy skałami było wąskie wyjście na strefę, a duże fale były tylko na rafie. Niestety, brakowało wiatru. Czekaliśmy na niego dobre kilka dni. Matanzas średnio nadaje się na freestyle. Organizatorzy wysoko postawili poprzeczkę, ale jeśli będziesz umieć robić tricki w takich warunkach, to będziesz trzaskać je wszędzie.

W pojedynczej eliminacji zawodów startowałem z Rosemary, czyli najlepszym riderem w Chile. W heacie zrobiłem slima, mobe, 313, blind judge, blind judge3, kgb i megaloopa, którego sędziowie dobrze ocenili. Niestety, drugą rundę przełożono na następny dzień, gdyż wiatr siadł.

Następnego dnia startowałem z Aronem Hadlowem (numer 1) i nie był to mój najlepszy heat w życiu. Podwójna eliminacja zaczęła się po dwóch dniach przerwy. Startowałem z Philem Bruckmanem z Niemiec. To był bardzo dobry heat jak na warunki panujące na wodzie – duża fala ok. 4 m, szkwalisty wiatr i bardzo zimna woda. Zrobiłem: slima, mobe, flat3, blind judge, blind judge3, kgb i slima switch stance i tym sposobem wygrałem. Niestety, w kolejnym heat’cie przegrałem z Alvaro Onieva (numer 3) i zakończyłem swój udział w zawodach na 9. miejscu! Zawody wygrał Aaron Hadlow i czwarty raz został mistrzem świata.

Mario w Ras Sudr

Tym razem ekipa Kite.pl wraz z ellare.pl wybrała się do Ras Sudr w Egipcie. To mała egipska miejscowość na półwyspie Synaj. Położona jest niecałe 80 km na południe od Kanału Sueskiego i ok. 300 km od lotniska w Sharm el-Sheikh. Transfer z lotniska trwa od 3 do 5 godzin w zależności od pory dnia i nocy.

Mieszkaliśmy w hotelu Greek Sudr, który okazał się być fantastycznym miejscem. Położony był przy samym spocie. Długa, szeroka, piaszczysta plaża, błękitna laguna, płytka, przezroczysta woda, zawsze dobra pogoda i wiatr od brzegu wiejący cały dzień – to wszystko sprawia, że Ras Sudr jest doskonałym miejscem na kite’a.

W okolicach hotelu znajdują się dwie bazy: Club Mistral i Club Nathalie Simon, które mają wypożyczalnię sprzętu kite’owego i windsurfowego. Obie też prowadzą szkolenia na wszystkich poziomach zaawansowania. Najlepsze warunki do pływania panują, jak w całym Egipcie, w okresie letnim (od maja do października). Jednak na wschodni wiatr można liczyć również w pozostałych miesiącach.

Północny i północno-wschodni wieje wzdłuż lub lekko od brzegu. Wzmaga się podczas poranka, by swą maksymalną siłę uzyskać około południa. Późnym południem wiatr wycisza się i w nocy można rozkoszować się ciepłem egipskiego klimatu. Gorąco polecam RasSudr.

Victor Borsuk z Australii

Ostatni miesiąc spędziłem na Uniwersytecie Gdańskim, gdzie poznałem smak życia studenckiego. Po miesiącu nauki i ostrego treningu w końcu doczekałem się wyjazdu do Australii. Gdy kupowałem bilet, miałem do wyboru trzy miejsca na przesiadkę: Hongkong, Singapur i Tokio. Wybór nie sprawił mi żadnego problemu, zawsze marzyłem o obejrzeniu Tokio.

Szybko odczułem, że jest to najdroższe miasto na świecie. Spędziłem tam zaledwie pół doby, a wydałem ponad 100 dolarów (za bilet na lotnisko tam i z powrotem, metro oraz przekąskę w knajpce). Jeżeli chodzi o wrażenia, to bardzo mi się podobało. Gdy dojechałem z lotniska do Tokyo Stadion, wskoczyłem do metra i pojechałem do Asakusa, miejsca, w którym znajduje się kilka świątyń.

Właśnie odbywał się jakiś festiwal. Wystrojeni lokalesi najpierw biegli z wielkim smokiem, a potem dzieci szły ubrane w szaty z dzwoniącymi pałeczkami w rękach. Odwiedziłem także dzielnicę zwaną electro world. Było to niesamowite doświadczenie i cieszę się, że w drodze powrotnej spędzę w Tokio całą dobę.

Na lotnisku w Perth czekał już na mnie Robert Bałdyga. Szybko zwiedziliśmy okolice, ale już o godz. 19 nie wytrzymałem nadmiaru wrażeń i nawet nie wiem, kiedy znalazłem się w łóżku. Następnego dnia Robert, jadąc do szkoły, wyrzucił mnie na Pelikan Peninsula. Jest to spot na rzece, który niestety nie spełnił moich oczekiwań. Miałem więc czas na obejrzenie centrum i załatwienie potrzebnych spraw.

Kupiłem kartę do telefonu, założyłem konto w banku i rozglądałem się za samochodami w necie. Odległości są tu tak duże, że bez auta się nie obejdzie. Pod koniec dnia moi współlokatorzy podrzucili mnie do Scarborough, gdzie popływałem sobie na 14-metrowym latawcu. Była to sesja zapoznawcza, bo nowy sprzęt jest mi jeszcze obcy, a długa przerwa w pływaniu daje o sobie znać.

Pomimo zaprawy fizycznej, nigdy nie można przygotować się odpowiednio do kite’a. Po zaledwie półtoragodzinnej sesji zakwasiłem chyba każdy mięsień! Następnego dnia zaraz po kupieniu samochodu ruszyłem na spot 30 minut drogi ode mnie, na tak zwane Applecross. Jest on w 100 proc. lepszy od poprzedniego. Na dnie znajduje się tylko piasek, no i agresywne rekiny. Ale o tym drugim się raczej nie myśli. Nareszcie porządnie wiało! Sprawdziłem szybkość kite’a, jak lata, jak ciągnie i zacząłem szaleństwo.

Niestety, trochę przesadziłem i zerwałem leasha. Nie miałem wyboru i podpiąłem się na stałe do kite’a. Zacząłem bawić się w oldschool, czyli wysokie skoki, kiteloopy, board offy i wszystko, co mi przychodziło do głowy. Kolejny dzień zabrał mnie na Woodman Point. Jest to półwysep, który z jednej strony ma całkiem niezłe sety fal, a z drugiej strony płaściutką wodę. Jest to wspaniałe miejsce na freestyle i na pewno spędzę tam wiele godzin… ale to już inna opowieść.

Niestety, nie dałem rady złapać „Murphego”, który obecnie bawi w RedSeaZone i napisać kilka zdań o Mauritiusie. Postaram się to naprawić w następnym numerze. Będzie też zdecydowanie trochę więcej zimy i snowkite’a, a dalej zaprowadzi nas wiatr.

Autor: Mariusz Korlak

Zapoznaj się z ofertą WaterSportsCenter: