Cabo Verde, czyli Wyspy Zielonego Przylądka, położone są na Oceanie Atlantyckim około 620 km na zachód od wybrzeży Afryki. Pomimo że Wyspy to była kolonia portugalska, zostały odkryte dla turystyki dopiero kilka lat temu.

Wyspy słyną z najlepszych warunków do surfingu i kite’a. Jednocześnie mamy tu totalny brak waxu  (wosku) czy klucza do finów. Wyspa paradoksu. Śmietnisko, brud oraz trzy drogi asfaltowe na krzyż, po których jeżdżą włoskie Hummery i Land Rovery.

Cabo Verde składa się z 10 wysp

wraz ze stolicą Prają na wyspie Santiago. Większość miejsc nadaje się do kite’a i surfingu. Południowo-zachodni swell dotyka większość wysp z taką samą siłą. Na najbliższej Sal, wyspie Boa Vista, są sprawdzone miejscówki surfingowe. Podróżuje się za pomocą promów kursujących z Espargos. Nie zajmuje to wiele czasu.

Na Sal spędziłem 12 dni wraz Piotrkiem „Karpiem” Karpińskim. Byłem tam pierwszy raz. Myślałem, że na początku będziemy gubić się na Cabo, lecz już pierwszego dnia Piotrek wyjaśnił mi, iż cała wyspa ma powierzchnię wielkości niecałych 200 km kw., a interesujący nas południowy kawałek jest najmniejszą jej częścią.

Ponta Preta i Shark's Bay

Naszym celem były dwa spoty: Ponta Preta i położony na drugiej części wyspy Shark’s Bay. Na szczęście opracowaliśmy skrót, który pozwolił nam przemieszczać się z jednego na drugi spot w niecały kwadrans.

Chcieliśmy przetestować wszystkie warunki, które oferuje Cabo Verde. Nastawialiśmy się zarówno na surfing, jak i na jazdę z latawcem. Ponta Preta całkowicie spełniła nasze oczekiwania. Rano idealne warunki na surfing przy przypływie na dużej i małej fali. Później przychodził wiatr i cały dzień był już ustawiony. Naprawdę miło i aktywnie można tam spędzić czas.

Dwa samoloty tygodniowo do i z Polski nie brzmi może zbyt zachęcająco, mimo to spotkaliśmy wielu rodaków. Najczęściej wieczorem w pubie lub na plaży, pompując sprzęt czy podchodząc pod wiatr od hotelu RIU.

W trakcie pierwszych dwu dni wyjazdu wiało bardzo słabo, lecz nie to przerażało nas najbardziej. Nie było żadnych fal! Ponta Preta wyglądała jak jezioro. Totalnie płasko. Ze względu na to przenieśliśmy się na Shark’s Bay (Kite Beach). Trzeciego dnia z rana widać już było latawce na Precie. Od razu wybraliśmy się w tamtą stronę.

Strapless na rozgrzewkę

Tego dnia mieliśmy idealną strap-less sesje na rozgrzewkę. Wiał off shore, dzięki któremu fale były wyższe oraz gładsze niż normalnie. Następne dni były już tylko lepsze. Coraz większa fala oraz równiejszy wiatr poprawiał nam humory oraz pozwalał na coraz odważniejsze ruchy na fali.

Dwa następne dni wymagały już zmiany deski na większą z footstrapami. Dosyć łatwo można przewidzieć, jak będzie łamała się fala na Poncie. Robi to jednak bardzo szybko, dlatego trzeba być uważnym. Delikatny side shore bardzo utrudnia szybkie przemieszczanie się po fali, należy więc uważać, aby nie stracić napięcia na linkach. Bardzo łatwo wtedy o niemiłą glebę…

Liczba osób na wodzie przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania. Surferzy, windsurferzy oraz kite’owcy biją się tam o najmniejszą nawet falkę. Również na Kite Beach bywały dni przypominające bardziej wakacje w Tarifie.

No dobra, wystarczy już o warunkach. Byłem tam tylko 12 dni, więc nie mogę powiedzieć za wiele. Mam nadzieję, że będę miał okazję pojechać tam jeszcze nie raz, gdyż bilety na Cabo Verde są relatywnie tanie, a szansa na dobre pływanie prawie pewna.

Podsumowania tripu

Miejscowa ludność jest bardzo przyjaźnie nastawiona do turystów. Jest tam o wiele bezpieczniej niż w Brazylii czy w Wenezueli. Należy jednak pilnować swoich rzeczy na plaży, a paszport schować do sejfu. O całą resztę już nie ma się co niepotrzebnie martwić.

Podsumowując całą wyprawę, jestem bardzo szczęśliwy, że w końcu udało mi się tam pojechać. Były to naprawdę super dwa tygodnie i szczerze polecam wszystkim Cabo Verde.

Pozdrawiam – Janek Korycki

Autor: Mariusz Korlak

Zapoznaj się z ofertą WaterSportsCenter: