Brazylia od kilku dobrych lat stała się hitem wśród miejsc wybieranych przez kitesurferów. W zasadzie trudno się temu dziwić. Prognozy wiatrowe w sezonie są stałe, a brak wiatru to prawdziwy ewenement. Woda jest ciepła. Do wyboru mamy mnóstwo spotów, gdzie można popływać zarówno na płaskiej wodzie, jak i na falach.

Znużony nieciekawą końcówką roku w Polsce planowałem budżetowy trip na początku stycznia. Wybór nie był duży, bo tak naprawdę ograniczał się do Egiptu bądź Fuerteventury, gdzie niespecjalnie już wiało.

Nie nastawiałem się zatem na spędzanie każdego dnia na wodzie, jednak plan ucieczki od polskich mrozów napawał mnie optymizmem. I Przełom nastąpił tuż przed Nowym Rokiem. Widocznie moje, wciąż jednak utrzymujące się na krawędzi poprawności zachowanie, zostało gdzieś na górze dostrzeżone i w świątecznej promocji udało mi się kupić bilety do Brazylii.

Zapłaciłem za nie nieznacznie więcej niż za podróż do Egiptu, kto by nie skorzystał z takiej okazji… Po kilku dniach ostrych przygotowań i walk z przeciwnościami znalazłem się na pokładzie samolotu linii lotniczych Air Italia. Z biletem powrotnym w jednej ręce i quiverem ze sprzętem w drugiej, udałem się w daleką podróż do tej części świata, którą znałem jedynie z opowieści.

Świat jak się okazało jest bardzo mały. Już na lotnisku spotkałem Jurka Koryckiego i Maćka Boszko, którzy wybierali się na dwumiesięczny trip po brazylijskim wybrzeżu. Do naszego teamu dołączyła świeża znajoma z samolotu, Ania Stylińska, i obładowani sprzętem na dwa samochody ruszyliśmy do Paracuru.

Paracuru

Paracuru jest małym turystycznym miasteczkiem położonym nad brzegiem oceanu, jednym z większych ośrodków kitesurfingowych w okolicach Fortalezy. Najbliższy spot Qubramar oddalony jest o około 4 km od centrum, a zaledwie dwadzieścia minut drogi dzieli Paracuru od Taiby — obszernej laguny z płaską wodą.  Kolejne dwie laguny możemy znaleźć o niecałą godzinę drogi. Pierwsza z nich to położona na północy Lagoinha (jeziorko osiołków), druga Cauipi leżąca na południu.

Centrum Paracuru to duży rynek z mnóstwem knajp i różnego i rodzaju sklepików. Wokół niego można znaleźć dziesiątki różnego standardu posaud, gdzie nocleg kosztuje już od 30 zł. Rynek zaczyna tętnić życiem dopiero po zmroku. Po godzinie dwudziestej trudno znaleźć wolne miejsce w jakimkolwiek ogródku, a Polacy chętnie spotykają się w klimatycznej knajpce Vento Brasil

Hotel, restaurację i szkółkę otworzył tu Piotr Wysocki. Inwestycja ma się całkiem dobrze, i gdyż mimo że Vento jest jednym z największych hoteli w Paracuru, nie jest łatwo zarezerwować tam miejsce. Od kilku lat działki w Brazylii sprzedają się jak świeże bułeczki. Obecnie Polacy to druga po Brazylijczykach nacja zamieszkująca Paracuru.

Quebramare

to spot, na który z Paracuru można dojechać w dziesięć minut taksówką. Znajduje się na nim szkółka Vento, którą prowadzi Piotr Syc. Z bazą sąsiaduje tawerna, „salon masażu” i „kite klinika”. Plusem tego miejsca jest też przechowalnia, dzięki której nie trzeba dzień w dzień podróżować ze sprzętem.

Quebramare to typowo waveowy spot. Fale są tu długie i łamią się znakomicie. Akwen wypłaszacza się jedynie przy odpływie, który nie trwa dłużej niż 2-3 godziny w trakcie dnia. Tawerna serwuje przepyszne owoce morza, a zimne piwo doskonale relaksuje nawet po najbardziej męczącej sesji.

Cauipi

Kolejnym spot godny polecenia to Cauipi. Jest to duża laguna, a w zasadzie ujście rzeki, położone nieopodal Cumbuco. Cauipi podzielone jest na dwa akweny, przez co nigdy na wodzie nie ma większego tłoku. Nie brakuje tu też klimatycznych knajpek, w których możemy się zrelaksować  po pływaniu.

Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy w trakcie naszej podróży, to Guajiru. Położone jest około 130 kilometrów na północ od Fortalezy. Wybraliśmy się tam w poszukiwaniu lepszego wiatru, a przy okazji postanowiliśmy odwiedzić nową polską bazę Surf Village.

Guajiru

Guajiru ma niepowtarzalny klimat. Znajdują się tu jedynie małe posaudy i niewielkie resorty. Miejscowość okolona jest tysiącami palm oraz bajecznymi wydmami. W Paracuru drażniły mnie otaczające wszystko 3-4-metrowe mury, a tu powaliła mnie przestrzeń.

Surf Village to szkółka oraz miniresort otwarty w zeszłym roku przez Darka Marchewkę. Baza położona jest nad brzegiem oceanu, niecałe dwieście metrów od niej oddalone są bungalowy przeznaczone dla gości.

Nieodzownym elementem brazylijskiej architektury są baseny, które w otoczeniu palm sprawiają, że w jednej chwili zapomnisz o wszystkich problemach. Szkolenia odbywają się na oddalonym o cztery kilometry jeziorku osiołków. Płytka woda, rozległy akwen i niewielki tłok sprawiają, iż jest to jeden z najlepszych spotów, który odwiedziłem.

Brazylia to wspaniałe miejsce. Niesamowita plaża, słońce i piękne kobiety. Czułem się tam prawie jak w domu. W trakcie kilku pierwszych dni spotkałem tam więcej znajomych twarzy, niż przez ostatnie miesiące spędzone w Wawie. Brazylię polecam każdemu. Pamiętajcie, że sezon zaczyna się tu w lipcu, a kończy w styczniu.

Autor: Mariusz Korlak